Po co nam tylu Bogów – przejawianie się Jarowita

Sława! W kolejny poniedziałek witamy godzinę 06:00 kolejnym wpisem z cyklu „Po co nam tylu Bogów”, tym razem poświęconym przejawianiu się w naszej rzeczywistości Boga Jarowita. Chram Jantar ze Świętej Ziemi Pomorskiej zaprasza do lektury 😊

Zaczniemy od bardziej ogólnych uwag, o co chodzi z tym „przejawianiem się”, bo kilka postów z takim hasłem w nagłówku już wisi w naszych materiałach, mamy trochę opisów, jednak nie padła chyba nigdzie szersze wyjaśnienie. Przecież Bogów czcimy jako Osoby: przyznajemy Im rozmaite „rozkosze i smutki”, przygody i powiązania: tak z między Nimi Samymi, jak i bytami od Nich niższymi, w tym z poszczególnymi ludźmi. Ten, którego nazywamy Jarowitem może mniej lubić tego to, a tego człowieka, podczas gdy sprzyjać i uwielbiać innego. No i odżegnując się jak najdalej od bezbożnego w swej istocie poglądu, każącego w Bogach widzieć jedynie „kulturowe symbole sił natury”, czy podobne konstrukty – dążymy do przedstawienia Ich właśnie jako Osób. Potężnych Duchów z własną świadomością (choćby całkowicie innej niźli ludzka), celami i popędami do działania. Choć takie ujęcie sprzyja zadzierzgiwaniu indywidualnej więzi czcicieli z Bóstwem, to bardziej czyni z Bogów „Gospodarzy Świata”, zarządzających poszczególnymi kawałkami rzeczywistości, niż ich uświęcone manifestacje. Jakże więc to jest z tym przejawianiem się, które najczęściej lokujemy właśnie w obszarach działalności Bogów?

Powyższą kwestię dobrze chyba oddaje metafora tajemniczych rzeźbiarzy. Nie widzimy wprost ich samych, ani ich narzędzi, ani nawet procesu twórczego. Domniemamy jedynie, że są mistrzami wielkich umiejętności bo w całym świecie znajdujemy wspaniałe dzieła sztuki. Są one przy tym w tak wyrazisty sposób umyślone, że z łatwością wyróżniamy wśród tych arcydzieł konkretne style i grupy tematów. Te zaś są tak  rozpoznawalne i osobliwe, że skłonni jesteśmy prędzej przyznać, że pochodzą od grupy różnych mistrzów, niźli od jednego. Jest to tylko metafora, więc nie wyczerpuje wszystkich możliwych implikacji brnięcia w jej szczegóły, jak to zresztą zazwyczaj z metaforami bywa. Pokazuje jednak pewien punkt widzenia, który mam nadzieję będzie pomocny przy rozwiązaniu owej pozornej sprzeczności między traktowaniem Bogów jako Osób, a upatrywaniem Ich przejawiania się w empirycznej rzeczywistości.

Przejdźmy więc do właściwych dzisiaj spraw, związanych z Jarowitem. Wiemy o Nim kilka rzeczy, najsamprzód Jego własną relację – skierowaną do jednego z wołogoskich wieśniaków – zgodnie z którą Bóg przyznaje sobie władztwo udzielania wszelkiego pochodzącego z Przyrody dostatku, od płodności zwierząt hodowlanych, przez zieloność łąk i drzew, aż po „wszystko co służy na pożytek człowieka”.  To obierzmy za pierwszy z przejawów Boga Jarowita: kosmiczną płodność, zdrowie ludzi i zwierząt, a także dostatek dóbr naturalnych. Zastanówmy się jednak chwilę: czy tych samych dóbr nie będziemy skłonni nieraz wiązać z Perunem czy z Mokoszą lub innymi jeszcze Bogami? Wracając do metafory rzeźbiarzy, nie jest nigdzie powiedziane, że pośród tematów i stylów nie mogą się one niejako krzyżować, ukazując ten sam temat raz w sposobie wykonania mistrza jednego, a raz drugiego – lub że nie mogli nad pewnymi posągami pracować wspólnie. Co do Bogów już zaś, to rzekłbym, że Jarowit najbardziej kojarzyłby się tu chyba z samą chwilą owych dóbr pojawiania się na wiosnę. Jednak przy naszym stanie wiedzy roztrząsanie czy np. Peruna należałoby wiązać z aktem płodzenia wraz z pierwszą wiosenną burzą, Jarowita ze wschodzeniem zieloności na wiosnę, a Mokosz sprowadzać w myślach do roli Tej, która wypuszcza życie z siebie, będąc po prostu Partnerką Peruna, a Matką Jarowita – chociaż bardzo ładne i zda się trzymać rozsądnej całości, jest jednak ludzką gadaniną. Zadowólmy się tutaj tym, że w świeżej, wiosennej zieloności widać Jarowita.

Lecz nie tylko. W Jego chramie trzymano złotą, słoneczną w swym wyglądzie tarczę, którą wynoszono z bożego przybytku na wróżbę zwycięstwa. Bóg jaśnieje więc, opromieniając wszystko wokół gdy pokonujemy grożące nam przeciwności. Kroniki mówią rzecz jasna o przewagach plemiennych wojowników nad wrogami, jednak i my prowadzimy nieraz ciężkie bitwy, czy to z nazywalnymi z imienia i nazwiska ludzkimi przeciwnikami (choćby te odbywały się nie na polu walki, lecz na sali sądowej), czy z własnymi słabościami, albo z chorobami, czy innymi jeszcze złośliwymi czartami. Jednak wszędzie tam, gdzie zalśni nam pewna nadzieja przewagi, tam skrzy światło Jarowita.

Ale przecież plemienny aspekt tego wojowniczego Boga, Boga broniącego też ziem swojego ludu, nie zanikł po prostu dlatego, że dziś nie myślimy o sobie w kategoriach etnicznych szczepów, czy że w instytucjach państwowych nie stoją (niestety) Jego ołtarze. Również za każdym razem gdy słyszymy, że Żołnierze Straży Granicznej zapewnili bezpieczeństwo kolejnego kawałka naszych granic, czy ogólniej, że siła polskiego oręża przyczyniła się do wzmocnienia bezpieczeństwa i pozycji naszego kraju – tam należy upatrywać ręki Bogów – w tym Silnego Pana, jak również można wykładać imię „Jarowit”. Skoro zaś przy tym już jesteśmy, to i wszelkie odmiany istniejącej w świecie „siły” jakowoś się z Nim łączą, zwłaszcza zaś te, które łatwo by skojarzyć z młodzieńczą rześkością i przesadą. Będzie więc nam Jarowit śmiać się głośno wśród wesołych igrzysk, krzyczeć w zapalczywym gniewie gorącej młodej krwi i wzdychać głośno wśród jurnych radości.

żerca Przemysław „Mamrot” Król

Komentarze

Popularne posty