Po co nam tylu Bogów – Przejawianie się Mokoszy

Nastał kolejny poniedziałek, godzina 06:00, wobec czego na Świętej Ziemi Pomorskiej przygotowaliśmy dla Was kolejny wpis, tym razem dotyczący przejawiania się Bogini Mokoszy. Miniaturka do tego wpisu ma wyjątkowo szare tło, ponieważ jesteśmy w żałobie po zmarłym żercy Gniazda Kruki i Wilk, Siemowicie Zielińskim.

„Mokosz” to imię, pod którym czcimy Matkę Ziemię. Jest obecna wszędzie tam, gdzie rodzi się nowe życie. W jakiś sposób można więc powiedzieć, że każda matka z dzieckiem „przy piersi”, czy nawet kobieta w ciąży jest nie tylko „matką”, ale wręcz „Matką” – samą Boginią Mokoszą. W podobny sposób pisaliśmy zresztą o mężczyznach, w poprzednim wpisie o przejawianiu się Peruna. Człowiek nigdy nie działa sam, bo zawsze kiedy dokonuje czegoś istotnego – a takie z pewnością jest powoływanie nowego pokolenia – przez człowieka działają Bogowie.

Byłoby jednak nadużyciem twierdzić, że Matka Ziemia przejawia się jedynie w naszym gatunku: zawsze kiedy rodzą się nowe stworzenia, kiedy pisklęta wylęgają się z jaj, czy (co zapewne będzie najbardziej czytelne) zielenią się młode pędy świeżo wyrosłych roślin – dzieje się tak za sprawą Mokoszy. Nie przypadkiem wpis ten zaplanowaliśmy właśnie na wczesną wiosnę, tuż po Jarych Godach, kiedy Przyroda zaczyna rozkwitać i budzić się po zimie (w tym roku wreszcie: prawdziwej).

Czy „nowe życie” należy redukować tu do wymiaru czysto biologicznego? Ten jest najbardziej oczywisty, zda się jednak, że wszędzie tam, gdzie pojawia się coś zupełnie nowego, można upatrywać przejawienia się Bogini. Szczególnie dotyczy to rzeczy dojrzewających przez czas długi, kiedy dopiero muszą w bólu narodzić się dla świata, by w nim zacząć istnieć. Czy będzie to dotyczyć budowanej latami wspólnoty, czy nawet… nowego/nowej siebie. Ostatecznie, jeżeli człowiek podejmuje trud wewnętrznej przemiany, by porzucić nałóg, stać się lepszym rodzicem, czy nawet starając się osiągnąć poszerzenie swoich „władz duchowych” – to zawsze można mówić o pewnego rodzaju „odrodzeniu”. Dość wyraźnie można wówczas mówić o „nowym życiu” i obecności Matki.



Rozpoczęte nowe życie przebiega według jakiejś drogi, której kształtu nasi Przodkowie upatrywali w Przeznaczeniu. W naszych modlitwach również oddajemy Mokoszy nici losu w dłonie, choć nie rozstrzygamy, gdzie kończy się Jej władztwo, w tym zakresie, a gdzie zaczyna należące do Roda i Rodzanic (ani czy w ogóle są to całkowicie rozdzielne dziedziny). Sam jednak lubię myśleć o tym w ten sposób, że Matka Ziemia wyznacza ogólne jego zarysy, można rzecz na poziomie gatunkowym, podczas gdy Niebiańskie Bogi, zajmują się już jednostkowymi losami. To jest jednak mój, ludzki domysł. Jakby jednak nie było, Bogini bierze udział w tej sile, która wyznacza nam nasze miejsce w świecie. Dość śmiało można zatem stwierdzić, że kiedy dopełniamy tego co „nasze”, to otwieramy przestrzeń dla przejawienia się Bogini. Owo „nasze” można rozmaicie rozumieć, jednak powrót do czci rodzimych Bogów, zaniechanie konsumpcyjnego sposobu życia i – skoro żyjemy w społeczeństwie pozwalającym w historycznie niespotykanym stopniu decydować o sobie – próba jak najlepszego wykorzystania swoich umiejętności dla dobra swego społeczeństwa, brzmią co najmniej jak dobry początek.

Jeżeli życie się zaczyna, to dobiega również kresu. Ziemia pochłania nasze doczesne szczątki, w Niej zagłębiają się, sięgające krain cieni, korzenie drzew. Nie, Mokosz nie jest Boginią śmierci, ale raczej Tą, która pochłania to, co zostaje z nas po śmierci. Nie pochłania jednak jak chciwa czeluść, w której wszystko przepada, ale żeby trwał krąg życia: żeby co umarło, mogło wrócić znów do zielonego świata.

żerca Przemysław „Mamrot” Król

Komentarze

Popularne posty