Po co nam tylu Bogów – przejawianie się Morskiego Boga
Dziś nareszcie przychodzimy do Was z pierwszym wpisem z odświeżonej serii „Po co nam tylu Bogów”! Zgodnie z zapowiedzią, wpisy będą odtąd pojawiać się w poniedziałki o 06ej rano, by pomóc Wam rozpocząć tydzień z przemyśleniami o naszych Bogach. Ale do rzeczy: w tym pierwszym wpisie zdecydowaliśmy się powiedzieć o tym, jak Morski Bóg wpływa na rzeczywistość i przejawia się w niej. Dlaczego tak? Ponieważ jesteśmy w świeżo ukształtowanym świecie, takim z dopiero co wyłowioną (a raczej: „Wyłowioną”) Ziemią. Mitycznie, jeszcze przed chwilą „nie było Nieba ni Ziemi – tylko Sine Morze”! Ponadto – choć nie był to szczegół decydujący – dodatkowym smaczkiem dla nas jest to, że Morski Bóg to Gospodarz Świętej Ziemi Pomorskiej, naszej Małej Ojczyzny.
Zaczniemy od mitycznego Sinego Morza, które wyczerpywało całość dostępnego Dwóm Braciom istnienia u zarania świata. Była to przestrzeń nieogarniona, bezgraniczna, a przy tym – próżna. Ja przynajmniej nie znam odmiany mitu kosmogonicznego, w którym Pierwotne Wody kryłyby cokolwiek ciekawego oprócz Piachu na swym dnie. Jednocześnie nie był to obszar zdatny do życia i pomieszkania; Perun przemierza jeno jego powierzchnię w łódce, a bytujący w odmętach Weles jest Tym, który pierwszy proponuje utworzenie stałego, suchego lądu. Oczywiście, Morze jakie znamy dzisiaj nie jest jałową pustynią (przynajmniej tam, gdzie człowiek nie narobił szkód), lecz porosłym wodną trawą domem wielu ryb, fok i innych zwierząt, nad którymi polatują białe mewy i czarne kormorany. Z jednej strony, nie jest już przecież tą Pierwotną Wodą, która nie oblewała żadnej Wyspy, ani nie była nakryta żadnym Niebem. Jednak z drugiej, wciąż jest to życie niemal całkowicie odmienne od tego, które rozwija się na lądzie. Dochodzi tu też sól, tak wyraźnie odróżniająca wodę morską od słodkiej, obecnej na lądzie. Bardzo możliwe, że to ona zainspirowała indoeuropejski mit o kryjącym się we Wodach Ogniu, nie będziemy jednak teraz tego roztrząsać. Ważne, że jest. Jej obecność nie tylko czyni morską wodę niezdatną do życia dla większości istot ze stawów, rzek i jezior (co działa też w drugą stronę), ale też czyni ją palącą i „suchą”. Nie ugasisz nią pragnienia, a jedynie je nasilisz. Sól sama w sobie była jednak przez sporą część historii jednym z ważniejszych surowców, które z morskiej wody da się dostać – obok rozsławionego szeroko poza granicami Słowiańszczyzny jantaru, z powodu którego na ziemie Przodków ciągnął ongi Bursztynowy Szlak.
Tyle o dziedzinie Morskiego Boga, którą najbardziej z Nim kojarzymy. On jest jednak obecny nie tylko tam, gdzie słychać krzyki mew i czuć słoną bryzę na twarzy. Wszelkie okoliczności przytłaczające swoją skalą zdają się przynależeć do Jego dziedziny, zwłaszcza gdy cechują się łatwo przechodzącymi w siebie spokojem i gwałtownością. Przepływający spokojnie tłum ludzi, który może nagle ulec panice, lub wręcz przeciwnie, dać się porwać euforii podczas koncertu. Z kolei przewalające się przez kraj fale kolejnych przemian i nastrojów, niszczą częstokroć zastane struktury i zostawiają po sobie zmieniony krajobraz. Od optymistycznego zrywu pomocy Ukraińcom w pierwszych dniach „specjalnej operacji wojskowej”, przez emocje kiedy Polska miała być gospodarzem Mistrzostw Euro czy nawet powszechne oburzenia zdarzającymi się zbrodniami czy aferami. Są to różnorodne zjawiska, których przyczyna może leżeć w dłoni zupełnie innego Boga, Bogini, albo wręcz przeciwnie – złośliwego czarta – jednak to właśnie owe sunące przez naród fale rozmaitego pobudzenia tak podobne są do fal morskich. Widać wiele wzburzonej piany, słychać ich szum, lecz nim dobrze przebrzmią – nadciągają już kolejne.
W ten sposób dochodzimy do sprawy całkowicie nowoczesnej, która na pozór zda się jak najdalsza od Starych Bogów: sieć internetowa. Sieć, którą można też potraktować jak rozległe Morze (czy wręcz Ocean), po którym trzeba ostrożnie nawigować, bowiem jego wody oblewają zarówno wyspy skarbów i nory piratów. Natknąć się można na nęcące syrenim głosem witryny reklamowe, a pod powierzchnią na nieostrożnych czają się najeżone wirusami skały. Wreszcie, surfując w sieci ludzie potrafią w niej całkowicie zaginąć i stać się całkowicie samotni: zanurzeni w internetowych newsach stają się obojętni i nieistniejący dla otaczającego ich rzeczywiście świata. Niewiele się to różni od rozbitka na bezludnym brzegu czy wręcz osiadłego w ciemnym dnie topielca. Porównanie do sieci szczególnie wzmaga jej podatność na podleganie zmiennym, a gwałtownym nastrojom, które przez media społecznościowe potrafią przewalić się niczym szkwał.
Czy miałoby to znaczyć, że Morski Bóg jest jedynie Bogiem zimnym, strasznym i nieprzyjaznym? Jest raczej surowy, to prawda, jednak to nie powód by widzieć w Nim jeno Okrutnika. Wszak to po słonym stepie, na grzbietach drewnianych koni o płóciennych kopytach, ludzie zmierzali przez wieki na poszukiwania bogactwa, sławy i przygód. Wielu ginęło bezpowrotnie w jego czeluści, wielu wracało z zagranicznymi skarbami. Czy nie skłania to myśleć, że Morski Bóg choć trochę interesuje się tymi, którzy śmiało podejmują ryzyko i wypływają na „nieznane wody” – albo nawet i znane, lecz dalekie – by zdobyć coś więcej, niż leży pod nosem?
Z pewnością nie zbliżyliśmy się nawet do wyczerpania wszystkich możliwych przejawów aktywności Morskiego Boga w świecie. Mamy jednak nadzieję, że przynajmniej przybliżyliśmy Wam, gdzie szukać Jego obecności. I kiedy warto oddać Mu cześć, zetknąwszy się z czym, w czym możliwe, że miał swój udział. Sława!
Za zdjęcie dziękujemy Michałowi „Nikrugowi” Dąbkowi.
.png)

Komentarze
Prześlij komentarz